Kazimiera Żarek

Kazimiera Żarek

Mój ŚwiatoOgląd

Kazimiera Żarek

Ktoś musi UMIERAĆ, by ŻYCIEM CIESZYĆ się mógł ktoś...

Kazimiera Żarek | Komentarze | sobota, 9 luty 13, 17:55

Jesteś tutaj

 

 

[Notatka Odautorska: ARTYKUŁ niniejszy planowałam opublikować w nowo tworzonym CZASOPIŚMIE, do współpracy z którym zostałam zaproszona. Ponieważ jednak jego PREMIERA - przewidziana pierwotnie na koniec stycznia - OPÓŹNIA SIĘ, a treść artykułu powoli traci na aktualności z uwagi na jej zabawowo-karnawałowy kontekst – zdecydowałam się zamieścić go na tym blogu, zanim ów kontekst całkiem się ulotni w Nieubłaganie Szarżującym Na Imprezowiczów Wielkim Poście...]

„85-latek kolejną ofiarą mrozów” – tak zatytułowaną informację podkarpacki dziennik „Super Nowości” w wydaniu z 17 stycznia br. uzupełnia kilkoma lakonicznymi szczegółami: „...Wczoraj rano w Rakszawie odnaleziono ciało 85-letniego mężczyzny. Został odnaleziony w pobliżu własnego domu, a przyczyną śmierci było najprawdopodobniej wychłodzenie. Mieszkał samotnie i był schorowany. Jest już siódmą ofiarą tej zimy na Podkarpaciu...”

Zima zbiera swoje coroczne śmiertelne żniwo. A choć dane są alarmujące – rzadko kto się tym przejmuje. Większość podciąga te fakty pod tzw. „margines społeczny” – utożsamiany najczęściej z różnego rodzaju patologiami, u źródeł których tkwią wszelkie uzależnienia oraz niechęć do uczciwego zarobkowania. Nikt z tak osądzających nie zadaje sobie trudu jakichkolwiek głębszych analiz. Bo i po co?

Jest zima, śnieg, mróz, a do tego karnawał

– bawmy się więc, wszak właśnie  sezon zabaw jest! Nam „chleba dosyć – pora na Igrzyska”! A łachmyty z marginesu coś, przy okazji – dzięki nam, w śmietnikach wygrzebią...

Niewykluczone, że i ów staruszek, mający za sobą już 85 lat niezłomnej walki z losu przeciwnościami (historia pokolenia tego nie rozpieszczała) – w obliczu zagrożenia głodem lub zamarznięciem w zaciszu własnego domu – wyszedł, by w jakimś kontenerze znaleźć wśród odpadków coś nadającego się do zaspokojenia głodu bądź w pobliskim zagajniku - uzbierać trochę chrustu na przynajmniej symboliczne ogrzanie lodowatego wnętrza domu. Schorowanemu 85-latkowi z pewnością nie doskwierał brak alkoholu! Przeżywszy na tym świecie tyle lat, pozostawiony samemu sobie – dokończył ziemskiego żywota w okrutnej zimowej scenerii, bez szans na czyjąkolwiek pomoc! Osamotnienie zwielokrotnione, gdy w tak dostojnym wieku przychodzi żywota dokonać w lodowatym uścisku nieprzyjaznej natury – tuż obok własnego domu...

Ta historia jakoś dziwnie integruje się z tematem felietonu Rafała Bakalarczykapublicysty m.in. „Nowego Obywatela” - zatytułowanego

„Starość w chłodku”

(wydanie z 2 stycznia br.). Autor, nawiązując do sceny z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego – ukazującej tragiczny los ówczesnej biedoty na przykładzie grupy starców, skazanych na nędzną wegetację w zimnej szopie – stwierdza wprost:

„Niestety literacki obraz Chłodka wydaje się nie odbiegać od rzeczywistych obrazów również współczesnej Polski. Podczas gdy jedni bawią się na warszawskich salonach czy w nobliwych kawiarniach, na marginesie polskich przemian żyje, a często wręcz wegetuje, wielu starszych, pozostawionych samym sobie ludzi. Znaleźli się oni poza sceną wielkich przemian, a ich problemy spychane są poza sferę tego, co widziane publicznie. Podczas zimy części z nich – m.in. wskutek niewłaściwej bazy materialnej – grozi, dosłownie, wychłodzenie organizmu, nie mówiąc o niedoborze duchowego ciepła ze strony zewnętrznego otoczenia.”

W dalszej części nawiązuje do unijnych statystyk, z których wynika, że „...nawet 25 tysięcy seniorów w Wielkiej Brytanii może umrzeć tej zimy z powodu chłodu, co oznacza ryzyko 200 zgonów dziennie. Zgonów, którym przecież można zapobiec… Ponad 35% osób starszych w Wielkiej Brytanii jest zaniepokojonych brakiem możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w swoich domach...”

To dane brytyjskie, a jak wspomniany problem wygląda

w Polsce, gdzie sytuacja jest nieporównywalnie gorsza

a możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w domach przy niebotycznych - w stosunku do dochodów większości - kosztach takiego „luksusu” graniczą z cudem?! Ale nasze statystyki potrafią to po mistrzowsku tuszować, co obrazuje kolejny fragment felietonu:

 „...Tegoroczny raport GUS „Jak się żyje osobom starszym w Polsce?” doczekał się krótkiej wzmianki w prasie. Miało to miejsce w tekście o tytule „Polski emeryt jest zadowolony z życia, żyje w dostatku” – mimo że z opracowania wynikało, że aż 27% emerytów jest zagrożonych którąś z postaci ubóstwa...”

Eufemizmy w stylu „zagrożonych” rzucają dodatkowe światło na „rzetelność” wyników badań. Już bowiem przed trzema laty, w czasie obchodzonego hucznie (czego się nie robi dla możnych tego świata, by na świeczniku mogli zabłysnąć?) Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym podobne dane przedstawiały się „nieco” inaczej. Ówczesne statystyki (zebrane na zlecenie organizatorów „obchodów”) alarmowały:

„...17% Europejczyków ma tak ograniczone dochody, że nie może zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych...” Te uśrednione europejskie dane obejmowały oczywiście nasze rodzime „osiągi” – kształtujące się na poziomie... prawie 40 % obywateli zagrożonych wykluczeniem społecznym wskutek biedy! W niechlubnym rankingu wyprzedziła nas wówczas jedynie Łotwa – z 48 % wskaźnikiem (powyższe zostało w radiowej Jedynce podane – aud. „Z Kraju i ze Świata” - pod koniec października 2010 - i przeze mnie skrzętnie odnotowane). 

Godzi się przy okazji zauważyć, że choć przeważająca część tej zagrożonej wykluczeniem części społeczeństwa to seniorzy – nie brak tu miejsca także dla innych grup wiekowych, z różnych względów na boczny tor odstawionych. Dopełnieniem obrazu sytuacji, rzutującej na taki stan rzeczy, może być choćby istniejący od dawien dawna i nadal podtrzymywany

podział obywateli tego kraju na kategorie lepsze i gorsze

uzależnione choćby od regionów w jakich im żyć przychodzi. Dostrzegają to dziennikarze regionalnej prasy – na co dzień obserwujący istniejące dychotomie i niejednokrotnie sami ich doświadczający - jak choćby publicysta podkarpackich „Super Nowości” Arkadiusz Rogowski, który tak oto, niezwykle trafnie komentuje statystyczne informacje o średniej krajowej płacy w opublikowanym pod koniec ubiegłego roku felietonie zatytułowanym „Średnia krajowa to bzdura”:

"...przeciętne wynagrodzenie osiąga w Polsce zaledwie 15-20 proc. pracujących, natomiast większość z nich zarabia na poziomie 50-66 proc. średniej krajowej, czyli jakieś 2 tys. zł i to brutto! (...) regułą, przynajmniej na Podkarpaciu, wciąż jest najniższa krajowa, czyli wielkoduszny akt dobroci panujących nam polityków..."

No cóż, Podkarpacie to przecież od dawna Polska B (niektórzy twierdzą nawet, nie bez cienia racji, że C) i kolejne zmieniające się rządowe ekipy, podejmujące „trud” przewodzenia temu narodowi w kolejnych „transformacjach” ustrojowych, pozostają tradycji tej wierne. Co jak co, ale sprzeniewierzanie się jej zarzucić im trudno...

A skoro o ustrojowych „transformacjach” mowa – nie od rzeczy będzie zacytować – również do owej nieśmiertelnej „tradycji” nawiązującą - niedawną skargę Wielkiego Wodza historycznego przełomu ostatniego, który tak oto streszcza swoje obecne – „tragiczne” położenie:

"...Ja dostaję około czterech tysięcy złotych, a samo utrzymanie domu kosztuje mnie sześć tysięcy. Więc trzeba uzupełniać, nie mówiąc już o ubraniach, czy wyjazdach. To wszystko naprawdę kosztuje. Wiem, że społeczeństwo ma jeszcze mniej pieniędzy niż byli prezydenci, ale jak na nasze potrzeby, mamy za mało..."

Jak widać, rewelacyjnie sobie przyswoił „niepodważalne argumenty” niegdysiejszych komunistycznych notabli – uzasadniających społeczne nierówności naturalnym zróżnicowaniem potrzeb w kastowym społeczeństwie. Wszak

jak światem świat – byli „równi i równiejsi”

Kto się odważy odwieczny porządek zmienić?! I tak – raz wprawiona w ruch machina społecznych nierówności – skutkuje w każdej dziedzinie karykaturalnym obrazem sprawiedliwości, co odzwierciedla choćby poniższa przykładowa wzmianka o waloryzacjach emerytur:

"...najwięcej zyskają ci, którzy mają najwyższe emerytury. To w wielu przypadkach tzw. emeryci mundurowi – wysoko postawieni milicjanci czy esbecy, którzy prawa emerytalne wypracowali jeszcze w PRL-u. Najsłabiej sytuowani dostaną ledwie ok. 30 złotych więcej co miesiąc..."

I znów widzimy wierność tradycji, dzięki której strażnikom poprzedniego ustroju nie grozi odstawienie na boczny tor historii. Z każdą nową „kompanią” równie dobrze się mają... W Wielkiej Polityce „kolesie” się liczą! Hasło „w jedności siła” już za komuny się sprawdziło, a sprawdzonych s y s t e mów się nie zmienia...

Polityka swoimi prawami się rządzi

- służyć ma tym, co chcą się urządzić... Te właśnie przesłanki większości decyzji determinujących wejście na polityczną scenę podkreśla politolog prof. Kazimierz Kik w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, nawiązując do ostatnich głośnych parlamentarnych skandali:

„...Polacy idą do polityki dla pieniędzy, bo chcą się dobrze urządzić. Wstrząśnięcie klasą polityczną jest dziś potrzebne jak powietrze. (...) trudno znaleźć przesłanki, które by uzasadniały decyzję Kopacz, a jej słowa świadczą o tym, że zupełnie nie rozumie swojej roli. Skoro przyrównuje sejm do normalnego zakładu pracy, politykiem została chyba przez przypadek. Przekonanie, że może publiczne pieniądze rozdawać według swojego uznania, to przejaw niedorośnięcia do pełnienia funkcji marszałka. (...) sejm nie jest zwykłym miejscem pracy, ale miejscem służby publicznej. Tak przynajmniej powinien być traktowany przez świadomych polityków. Pani marszałek nie jest żadnym prezesem prywatnego przedsiębiorstwa, a nawet jeżeliby przyjąć jej tok rozumowania, to szefując firmie, która tak jak sejm, we wszystkich rankingach popularności oceniana jest bardzo źle, zostałaby natychmiast odwołana. (...) obecna polityka nie jest światem wartości, ale interesów. To największa słabość polskiej demokracji. Zatraciliśmy etos publiczny w polityce, a przenieśliśmy do niej wszystkie zwyczaje znane z biznesu...”

Na zakończenie prof. Kazimierz Kik, nawiązując do następstw wspomnianych skandali, tak ocenia kondycję polityków w to zamieszanych:

„...oderwani od rzeczywistości, w realiach kryzysu, kiedy wszyscy zaciskają pasa, główni bohaterowie mają poczucie, że wysokie premie im się należały. Czują się skrzywdzeni...”

„Skrzywdzeni” wszak tego nawet nie kryli, jak wielki cios wymierzył im niewdzięczny naród... Przecież to właśnie nam zawdzięcza choćby ów „wielkoduszny akt dobroci”, jakim jest najniższa krajowa płaca, nie mówiąc o innych „dobroci” przejawach!  To dzięki naszym „ubożuchnym” pensjom wydają przeciętnie 1800 złotych na święta, a średnia dochodu przeciętnego Polaka stale rośnie... Itd., itp.

Ale już wkrótce te żale sobie odpuszczą; wszak trwa karnawał – okazja za okazją, tu raut, tam „charytatywny” bal, we własnym gronie znajdą ukojenie. A niewdzięczna hołota niech zamarza w zimnych domach, jak na ogrzewanie nie zapracowała...

„Chłodek nie doskwiera uczestnikom balów charytatywnych”

tak skomentował wspomniany na wstępie artykuł Rafała Bakalarczyka „Starość w chłodku” jeden z dyskutantów na facebooku. Inny – nawiązując do szerzej pojmowanego obrazu polskiej biedy w kontekście tegoż artykułu – podsumowuje: „...Ogólna znieczulica. Jeden drugiego prędzej zdołuje, zniszczy, niż poda rękę. A ci bardziej ustawieni są całkowicie "odporni" i tylko z politowaniem patrzą na słabszych, biedniejszych...”

I trudno temu zaprzeczyć. Komu nie dane było zaznać poniżenia z powodu niedostatku – nawet nie stara się tego po ludzku zrozumieć. A tak właśnie ewoluuje polska mentalność – ku POGARDZIE DLA SŁABSZYCH; w skrajnych przypadkach - nawet za cenę własnych wyrzeczeń przeszkodzić im w odbiciu się od dna... Bo nam niczego nie brak, więc lepsi jesteśmy!

Kult siły, młodości i dobrobytu społeczeństwa konsumpcyjnego

robi swoje, pogłębiając społeczną dezintegrację, skutkującą takimi właśnie  reakcjami. Zauważa to Autor artykułu w dodanym od siebie komentarzu:

„Sądzę iż faworyzowanie młodości (i jej korelatów związanych z samowystarczalnością, mobilnością, sprawnością i lepszym wizerunkiem medialnym) nie wyklucza się z problemem znieczulicy społecznej, a idzie z tym w parze oraz wyrasta z podobnego pnia - społeczeństwa coraz bardziej zdezintegrowanego i w negatywnym sensie zindywidualizowanego. Koszty tego płacimy wszyscy, ale w pierwszej kolejności, najbardziej bezpośrednio i dotkliwie - jednak grupy słabsze.”

Niech za puentę posłuży tu jeszcze jeden komentarz do powyższego tekstu nawiązujący:

„...Onegdaj zasłyszałem stwierdzenie, że miarą postępu społeczeństwa jest to, jak traktuje się osoby starsze. A można to rozszerzyć na wszystkie grupy nie mieszczące się w awangardzie przemian ani w enklawach dobrobytu i rozwoju, z pozoru nie pasujące do ich sformatowanego medialnie obrazu..” A

„obraz sformatowany medialnie” przeczy istnieniu jakichkolwiek anomalii

tym bardziej, że Europejski Rok Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym już dawno za nami i z ulgą można odnotowywać kolejne sukcesy. Może za parę lat będzie, dzięki temu, następna okazja do wypowiadania patologiom walki – skutkująca nie mniej atrakcyjnymi okazjami pochodnymi. Jak w tym felietonie Piotra Legutki z krakowskiego „Dziennika Polskiego” – opublikowanym pod koniec poprzednich obchodów (10 grudnia 2010 r.), który w całości poniżej zacytuję:

 „Jak Europa walczy z ubóstwem 

Właśnie dobiega końca Europejski Rok Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym (ERWzUiWS). Nikt z Państwa tego nie zauważył? Niemożliwe!

Unia dała nam kilka milionów euro, oczywiście nie na walkę, ale na wzajemne zagrzewanie się do niej. I jak można przeczytać w stosownych raportach, pieniądze zostały sumiennie wydane. Zagrzewaliśmy się jak kraj długi i szeroki przy użyciu konwencjonalnej broni administracji brukselskiej, czyli: raportów, kampanii informacyjnych, szkoleń i sympozjów. Sprawa poważna, nie żałowano więc środków na hotele, delegacje, catering oraz artystyczne eventy. A że walka z ubóstwem była zdecydowana, aż wióry leciały, więc zdecydowano się na zaangażowanie licznych celebrytów w roli ambasadorów ERWzUiWS, którzy w mediach "zwracali uwagę" oraz "inspirowali".

Efekty? Poznamy je w grudniu na dwóch wielkich konferencjach. Odbędą się też na koniec "specjalne warsztaty dla mediów oraz decydentów, które pozwolą im świeżym okiem spojrzeć na te skomplikowane problemy" (koniec cytatu).

Świeżym okiem i bez warsztatów widać, że z walki z ubóstwem można całkiem nieźle żyć... Szkoda, że tylko przez rok. Ale na 2011 też się coś extra wymyśli.

Proponuję, by był to Rok Walki z Naciąganiem Europejskich Podatników (RWzNEP).”

A skoro o obchodach różnorakich mowa - nie od rzeczy będzie wspomnieć o corocznym Światowym Dniu Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym, 17 października przypadającym. Szczęśliwie dla speców od propagandy sukcesu - poprzedza go Dzień Żywności, można więc skupić się na podkreślaniu polskiego dobrobytu, czego dowodem jest wyrzucanie nadmiaru żywności do śmietników. O penetrującej owe śmietniki polskiej biedocie – już można słowem nie wspomnieć. Wszak to margines – pogardy godny...

Ale jest jeszcze jedna, zasługująca na uwagę okazja. Właśnie przed chwilą w radiu podali, że już niebawem – bodajże 20 lutego – będzie obchodzony także Światowy... DZIEŃ SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ. Ciekawe, o czym to będzie i... czy w ogóle się u nas odbędzie...